Aby uczcić początek ferii, zabrałam dzisiaj Molly na kilkugodzinny spacer do lasu. Z początku Molly wesoła, ciągnęła do przodu. Obszczekała wszystkie psy, które minęłyśmy i swoim przenikliwym spojrzeniem dała mi do zrozumienia, że jest z siebie niesamowicie dumna, że budzi taki postrach na dzielni. Jednak wydaje mi się, że ona nie zdaje sobie sprawy, że żaden z obszczekanych psiaków nie zrobił sobie z tego zbyt wiele, bo wszystkie dalej piszczały i lgnęły do niej jak muchy do wiadomo czego. Jedyną poszkodowaną osobą w tej sytuacji byłam ja. Zostałam obdarzona krzywymi spojrzeniami od przechodniów i ludzi w samochodach. No cóż, taki urok. Już w ciągu tych ośmiu lat zdążyłam się do tego przyzwyczaić.
Wreszcie, gdy dotarliśmy do lasku Molly stwierdziła, że ona jednak chce wracać. O co to, to nie pomyślałam, nie po to szłam taki kawał, żeby teraz wracać bo panience się odwidziało. Szczególnie, że celem naszej wyprawy był ogrodzony placyk, gdzie chciałam spuścić Molly ze smyczy. Po mniej więcej półtoragodzinnej męczarni, bo Molly nie zmieniła zdania co do powrotu do domu, dotarłyśmy obie zmachane do naszej utopii. Opłacało się. Placyk był pusty. Molly mogła wreszcie wybiegać się, nawet aportowała przez pewien dłuższy czas co w jej wykonaniu jest niezwykłą rzadkością.
 |
| Każdy się nabiera, że to zwykły beagle. |
 |
| Molly stwierdziła, że zejście z tej góry jest zbyt proste, więc urozmaiciła mi je, ciągnąc mnie z całych swoich sił. |